29 lipca 2018

Co ze szkołą..? Nauczanie indywidualne w szpitalu.

Przez wszystkie etapy edukacji nigdy nie miałam problemów z nauką. Gdyby jakieś 3-4 lata temu ktokolwiek zapytał mojej mamy, które z jej dzieci będzie powtarzać rok, bez wahania odpowiedziałaby, że nie będzie to jej córka. Już prędzej wskazałaby na brata - inteligentnego, chociaż lenia. :) A jednak życie naprawdę bywa przewrotne... Na dzień dzisiejszy, to właśnie JA jestem rok w plecy w porównaniu z rówieśnikami.

Jak do tego doszło? Pisałam już wcześniej - o chorobie dowiedziałam się pod koniec czerwca. Śmiałam się, że nawet zdążyłam zabrać wszystkie rzeczy ze szkolnej szafki, tuż przed wakacjami. Świadectwo natomiast, odebrała koleżanka. Temat szkoły zgoła zatonął, wśród sztormów i bitew o każdy kolejny dzień. A może tydzień... Wypłynął uwidoczniony dopiero we wrześniu, po całym lecie spędzonym w czterech przysłowiowych ścianach...

Początkowym zaskoczeniem był dla mnie fakt, iż dzieci przebywające dłużej w szpitalu (mam tu na myśli szczególnie te chore na białaczkę), mają zapewnione tymczasowe nauczanie indywidualne. Polega ono mniej więcej na tym, że nauczycielki ze szkoły współpracującej ze szpitalem prowadzą zajęcia "jeden na jeden" z uczniem - w świetlicy oddziałowej przy stole, albo po prostu leżącym lub siedzącym na łóżku w swojej sali. Panie przychodzą regularnie, od poniedziałku do piątku, o określonych godzinach ujętych w planie zajęć. W praktyce, niestety, układ ten prezentuje się nieco mniej wzorcowo. To, czy lekcje się odbędą oraz jak długo będą trwały jest uzależnione przede wszystkim od samopoczucia małego pacjenta. Toteż nierzadko nauczycielki przechadzają się od drzwi do drzwi, pukając i pytając, jednak większość tam obecnych nie wykazuje nadmiernego entuzjazmu na widok książek. I mimo że niechęć do nauki tłumaczy się brakiem sił, biegunkami po ostatniej chemii, wymiotami czy jeszcze innymi rzeczami, to zdarzają się i tacy, co potrafią na miejscu wymyśleć dodatkowe powody, wykorzystując swoją uprzywilejowaną sytuacje, aby zajęcia i tym razem się nie odbyły. Biorąc pod uwagę okoliczności, jakoś wcale im się nie dziwię... Poza tym, sama nie przepadałam na przykład za anglistką, której mocny zapach perfum wymieszany z papierosami wywoływał mdłości natychmiast po przekroczeniu przez nią progu mojej sali. Do tego przy pierwszym spotkaniu słysząc "poziom B2", zaproponowała mi całkiem na poważnie grę w puzzle lub zabawę rozwijająco słownictwo...

I w tym momencie przejdę do kolejnej, bezpośrednio powiązanej z ostatnim zdaniem kwestii, przybliżającej jak i dlaczego wyglądało moje nauczanie, a właściwie jego brak. We wrześniu, Pani Polonistka, przydzielona mi jako tymczasowa wychowawczyni oraz organizatorka planu "odwiedzin" przy moim łóżku, po wstępnej rozmowie, z zakłopotaniem przyznała, że nie trafiają im się uczniowie na poziomie liceum. Statystycznie większa część dzieci choruje na białaczkę do 12-14 roku życia. Ona oraz jej koleżanki pracują w szkole podstawowej, ewentualnie gimnazjum i z dziećmi właśnie w tym wieku mają doświadczenie. Zapewniła mnie, że jeśli będę chciała, to zawsze może sprawdzić mi prace pisemne, oczywiście raczej pod względem ortografii ( …niż treści) tudzież spróbuje odpowiedzieć na nurtujące pytania, jednakże nie będzie ze mną realizować podstawy programowej obowiązującej przyszłych maturzystów. Dała też do zrozumienia, że mam się uczyć sama lub spróbować porozmawiać z dyrektorką szkoły, do której wcześniej uczęszczałam. I tak też zrobiłam. A właściwie moja mama.

Na dobrą sprawę to nie wiedziałyśmy ile potrwa leczenie. Łudziłam się, że po półroczu wrócę do normalnego liceum. Dlatego, aby nie mieć później zaległości, postanowiłam przycisnąć trochę i mimo wszystko kontynuować naukę. Zakupiłam online potrzebne podręczniki - oczywiście nowe, bo z używanymi nie chciałam ryzykować w obecnej sytuacji. Mama załatwiła parę długopisów, ołówków, zakreślaczy i ze dwa zeszyty. Matka chłopca leżącego za ścianą zaproponowała mi pomoc w praktycznym ćwiczeniu języka angielskiego. Nauczyciele z LO natomiast, przydzieleni przez Panią Dyrektor, ze względu na bardzo obniżoną odporność, ale i odległość szpitala od budynku szkoły, mieli się kontaktować ze mną przez internet, bądź telefonicznie. I rzeczywiście, bardzo szybko się odezwali. Pamiętam pierwszego maila z instrukcjami, tematami do przerobienia, lekturami do przeczytania, a nawet konkretnymi zadaniami do odesłania po ich wykonaniu. Również pierwszą piątkę z polskiego za pracę pisemną. Radość, że wreszcie będę miała zajęcie, pomiędzy jednym wejściem pielęgniarki na salę a drugim. Między badaniem, a kroplówką. I dumę, że pomimo warunków, dam radę przerobić cały zakres materiału obowiązujący na ten czas w drugiej klasie liceum. Co ważniejsze, dogłębniej i na znacznie wyższym poziomie niż zajęcia proponowane przez szpital, nie ujmując tamtejszym nauczycielkom. One naprawdę starały się traktować nas... aż w nazbyt pocukrowany sposób.

Taki był cel. Niestety moja ambicja przerosła możliwości. Rzeczywistość w brutalny sposób uświadomiła mi, po raz kolejny, że jestem poważnie chora. Jakby ciało i umysł przestały współpracować z duchem; jakbym nie była już tą samą osobą, co przedtem... Trzęsły mi się dłonie. Paskudnie. Irytowało mnie to, bo zawsze miałam wręcz kaligraficzne pismo. Mimo usilnych starań, nie mogłam się też skupić. Nawet na tyle, by sknocić 2-3 zdaniową, sensowną odpowiedź na pytanie. Nowe słówka z angielskiego powtarzałam po kilkaset razy, dziwiąc się, czemu nie mogę ich zapamiętać. Bywały dni, kiedy wzrok odmawiając posłuszeństwa już po 5 minutach nie pozwalał na kontynuację czytania. Oczy mrużyłam non-stop, przesuszone po chemii. A w końcu przyszedł moment, w którym zabrakło sił na tak prozaiczną czynność jak siedzenie na łóżku. Ręce, jakoś tak... cięższe niż zwykle, same zaczęły opadać. I rozpoczęła się faza ciągłego leżenia, podczas gdy w kalendarzu nawet nie minęły ostatnie dni września...

W ciągu jednej chwili rzuciłam wszystko. Z płaczem stwierdziłam, że skoro tak się dzieje, to nie będę się uczyć wcale (tzn. do czasu, aż wyzdrowieję). Po prostu nie dawałam rady. Przecież nie ma sensu robić czegokolwiek ponad własne siły - fragmentarycznie i nierzetelnie, byle by zaliczyć semestr czy iść do przodu. Mama mi powtarzała, że nie muszę patrzeć na innych, być taka jak wszyscy i lecieć z programem, bo tego wymaga polski system nauczania. Wiedziałam, że od szkoły nie ucieknę, ale mogłam ją przecież odstawić na boczny tor, zawiesić, chociaż na jakiś czas.
Poza tym, przeniesiono mnie na tzw. "jedynkę". Leżałam sama na sali, mój stan się pogorszył. Problemów przybywało, dawały znać po sobie coraz to gorsze następstwa chemii. Zabroniono odwiedzin, nawet nauczycielkom przychodzącym na oddział, których ja z resztą... i tak nie chciałam już widzieć.

Po paru miesiącach, będąc w innym mieście, na Oddziale Transplantacji Szpiku Kostnego, w dalszym ciągu utrzymywałam bunt wobec książek. Pamiętam zdziwienie pielęgniarki z powodu braku jakichkolwiek materiałów edukacyjnych w rzeczach oddawanych do sterylki. A także zaskoczenie u prowadzącego, który dowiedziawszy się, że mama moja jest nauczycielką, osobą wykształconą, osłupiał, tym bardziej nie rozumiejąc jej stanowiska. Zwykle rodzice w takich sytuacjach zmuszają, choć może to niewłaściwe słowo, ale z pewnością bardziej namawiają dzieci, aby mimo choroby kontynuowały naukę. Na przykład młodszym czytają wierszyki, omawiają poszczególne zadania, powtarzają podstawowe zagadnienia, a starszym włączają e-booki (pomimo, iż żaden nauczyciel nie może już wtedy wejść na oddział). Ale czy jest sens tak się męczyć przy ciągłym wlewie morfiny albo leżąc ze ślinotokiem i myśląc głównie o tym, że dłużej już nie wytrzymasz i za chwilę znów zwymiotujesz?

Dzięki "odroczeniu" wtenczas kwestii związanych ze szkołą, udało mi się potem zdać maturę na całkiem dobrym poziomie, chociaż w późniejszym terminie. To znacznie lepsze niż słaby wynik, ale "o czasie". Moim zdaniem, w obliczu poważnej choroby, gdy mózg ma trudności z przyswajaniem nowej wiedzy, powinno się zwyczajnie odpuścić. Nie ma sensu robić nic ponad własne możliwości. Trenowanie rozumu i forsowanie ciała jest bezcelowe - wówczas i tak wszystkie siły skupione są na wojnie toczonej wewnątrz naszego organizmu, dlatego osłabianie go w jakikolwiek sposób, z pewnością na nic się nie zda, a nawet może zaszkodzić.